Odkąd jako mały chłopiec przeczytałem "Tomek w Krainie Kangurów" Alfreda Szklarskiego zawsze marzyło mi się pojechać do Australii i tam zamieszkać.
Z czasem mi się to udało, jednak antypody mają w sobie coś bardzo denerwującego (przynajmniej dla kogoś kto boi się węży i pająków), mianowicie węże i pająki. Tak oto w prawie idealnym miejscu znajduje się takie wielkie PRYK. No bo jak cieszyć się z całorocznej pięknej pogody jak niemożna sobie pohasać na boso po łące?
Jak cieszyć się z ciepłej wody jak nie można się popluskać bo albo to śmiertelne meduzy, albo (jak masz szczęście i mieszkasz w dostatecznie ciepłym miejscu) krokodyle, tudzież rekinki, parzące (śmiertelnie) ośmorniczki skalne i inne paskudztwa również cieszą się z ciepłej wody.
I tutaj przychodzi na pomoc wyspa leżąca dwa rzuty beretem (no dobra, troszkę więcej) od Australia - wyspa długiej białej chmury, jak ją zwią rdzenni mieszkańcy. Nowa Zelandia.
I o tym też będzie ten blog. A w porywach oczywiście też o kochanej starej Australii.